Warszawa, 1 sierpnia 2025 r.
Dziś mija 81 lat od wybuchu Powstania Warszawskiego – wydarzenia, które dla mnie, warszawiaka, nigdy nie było tylko datą w kalendarzu czy lekcją historii. To żywa opowieść o mieście, które kocham. To pamięć, którą czuję w starych murach Śródmieścia, w brukach Woli, w cieniu drzew Saskiej Kępy. To historie opowiadane przez członków mojej rodziny. To część mojej tożsamości.
1 sierpnia 1944 roku, godzina „W”, 17:00 – rozpoczął się zryw, który miał zmienić bieg historii. Warszawiacy, zarówno ci z Armii Krajowej jak i z cywilnych domów, stanęli do walki. Nie czekali na nikogo. Mieli siebie, swoje marzenia o wolnej Polsce i wiarę, że ta walka – choć nierówna – ma sens. Dla żołnierzy to była część ogólnopolskiej akcji „Burza”. Dla cywilów to była ich ulica, ich kamienica, ich rodzina, ich życie.
Pierwszego dnia walczyło ok. 25 tys. powstańców. Z bronią, która bardziej przypominała złom niż sprzęt wojskowy, zorganizowali się i zdobyli kontrolę nad znaczną częścią miasta – Śródmieściem, Wolą, Mokotowem. Ale to nie tylko oni walczyli. To była wojna całego miasta. To kobiety szyły opaski, dzieci roznosiły meldunki, sanitariuszki – jak moja ciocia – wyciągały rannych spod gruzów. Dla mnie Powstanie to właśnie ona – młoda dziewczyna z opaską na ramieniu i apteczką pod pachą, która potem opowiadała mi, jak uratował jej życie ciemnoskóry muzyk z hotelu Victoria i jak bardzo bali się nie o siebie, ale o tych, których musieli zostawić za barykadą. Jej wspomnienia – o które często (nie boję się tego powiedzieć) byłem zbyt młody i głupi, żeby pytać – to moja osobista brama do tamtych dni.
Ale ta opowieść to nie tylko heroizm. To także mrok. Rzeź Woli – piekło, które trudno pojąć. Między 5 a 7 sierpnia Niemcy zamordowali dziesiątki tysięcy cywilów. W moim sercu ta rana wciąż krwawi. Wiem, że mogłoby to być na mojej ulicy. W mojej klatce. W mojej rodzinie. Dzisiaj.
A potem przyszła samotność. Nadzieja, że Rosjanie pomogą, zgasła. Jak pisał Norman Davies – oni patrzyli z Pragi, czekali, aż miasto się wykrwawi. Z perspektywy czasu wiemy, że Powstanie było heroiczną iluzją. Ale czy naprawdę mieli wybór? Czy można było żyć w niewoli, mając choć cień szansy na wolność?
63 dni. Tyle trwało Powstanie. Zakończyło się 2 października 1944 roku kapitulacją. Zginęło około 16 tys. powstańców i do 200 tys. cywilów. Warszawa – moja Warszawa – została zrównana z ziemią. Zniknęły domy, podwórka, ulice, wspomnienia. A jednak coś przetrwało.
Dziś, o 17:00, jak co roku, Warszawa zamilknie. Zatrzymają się tramwaje, ludzie staną na ulicy. To nie pokaz. To nie teatr. To oddech miasta, które pamięta. Które nadal niesie tamten krzyk – o wolność, o godność, o sens.
Powstanie Warszawskie to dla mnie nie tylko lekcja historii. To pytanie, które sobie zadaję: czy byłbym gotów zrobić to samo? Czy umiałbym kochać to miasto tak bardzo, by dla niego zginąć? Nie znam odpowiedzi. Ale wiem jedno – to dzięki nim mogę dziś zadawać to pytanie w wolnej Warszawie.
Pamiętajmy. Nie po to, żeby gloryfikować wojnę, ale by zrozumieć, że są wartości, które przekraczają czas i politykę. Jak napisał Davies: „Powstanie to ostrzeżenie przed okropnościami wojny, ale także przypomnienie, że są wartości, które warto chronić za wszelką cenę”.
Cześć i chwała bohaterom.
Darek Denis, prezes Stowarzyszenia Wieść Gminna.





